Podzielę się dzisiaj z Wami różnymi przemyśleniami, dykteryjkami, pierdofonami, trochę wszystkim, co ostatnio się tu na zewnątrz i w środku dzieje, ale tylko trochę, bo resztę muszę zachować dla siebie, by móc funkcjonować i żeby w środku nie został już tylko miękki puch i trociny.
Byłam wczoraj w kinie (!!!) na filmie o wielkim Gatsbym z Leo DiCaprio i muszę przyznać, że nie widziałam żadnej poprzedniej wersji ani nie czytałam książki, więc w sumie nie wiem jak to się ma do oryginalnej historii itd, ale podobało mi się. Film był zdecydowanie przyjemny w oglądaniu, Leo nie jest już aż tak brzydki jak był za młodu (chociaż to wiadomo już od kilku filmów), pani, która grała Daisy bardzo czarująca (zresztą już we Wstydzie mi się bardzo podobała), Tobey Maguire jak zwykle do schrupania, no i oczywiście cała ta stylizacja, lata 20, kapelusze, muzyka ( to dopiero ciekawe! zaraz napiszę coś więcej), samochody, sukienki, tańce, wszystko na bogato i pięknie, więc oko cieszy. Historia też mi się podobała, nie nudziłam się, w kinie tylko raz spojrzałam na zegarek (ok, dwa, ale pierwszy raz był jak film się zaczął, żeby obczaić ile trwały reklamy - pół godziny!!! no dacie wiarę?!??) i ogólnie wystawiam Gatsbiemu PLUS. Jeszcze co do muzyki, to fajową dość rzecz zrobili, piosenki wcale nie są takie typowo wyjęte z tamtej epoki, bo słychać i gitary i czarnych rapowców, ale tak to sprytnie zrobili, że wszystko trzyma się kupy i jest jakieś świeże, fajowe. Tak czy siak, polecam, mam tylko nadzieję, że nie wybuchnie teraz moda na lata 20 i wszyscy nie będą się jarać tym okresem, bo wtedy wszystkich pozabijam, noł szit.
Gatsby był nagrodą za cały tydzień ciężkiej pracy, o którym zaraz, więc nawet po kinie udałam się na niedzielny jazz w Atheneum, takie miejsce obok kina i tam grają panowie jazzowcy i jest fajnie i wypiłam cydr i było ok, ale przez chwilę bardzo nie chciałam tam iść. Znacie to uczucie, kiedy przeczyta się dobrą książkę lub obejrzy jakiś film, usłyszy jakąś historię, takie uczucie przeniesienia w inny świat? No to ja troszkę byłam w latach 20stych, na dodatek do tego przeniesienia zwykle dochodzi ogromny smutek, coś co ściska za gardło i przez chwilę mówi "zostań w tym fotelu kinowym już na zawsze i płacz, bo nigdy Twoje życie nie będzie jak w tym filmie". Nie to, że bym chciała, żeby było. To uczucie to jakaś tęsknota, tęsknota za czymś, czego nigdy się nie miało ani nie doświadczyło, ale też za wszystkim co było faktycznie, co jest i co się może zdarzyć. Nie potrafię chyba wytłumaczyć na czym w pełni polega to uczucie, właśnie o to w nim chodzi, że nikt inny go nie zrozumie dopóki sam nie został przez nie odwiedzony, a wczorajszy problem polegał na tym, że wiedziałam, że nikt nie zrozumie. Przeważnie nikt nie rozumie, ale czasami odważam się powiedzieć komuś więcej niż, że to był 'fajny film'. Tak bardzo tęsknię za Wami.
Jeśli chodzi o cały ciężki tydzień pracy, to dokładnie tydzień temu ostatni raz miałam 'wolne'. Wolne w tych głupawych kreseczkach na górze, bo i tak siedziałam w domu i uczyłam się do egzaminów (tak jak dzisiaj zaraz będę, bo nadal 2 na mnie czekają ze swoimi szponami), więc średnia to wolność. We wtorek miałam egzamin z socjologii (myślę, że poszło mi całkiem okej), w środę z hiszpańskiego ( z tego nie jestem zadowolona, trafiło się dużo słówek z cyklu 'właśnie tego nie pamiętam' i generalnie jestem dość rozczarowana tym jak mi poszło) i pracę w klubie golfowym ( w międzyczasie płakałam nad tym jak mi źle poszedł egzamin - nie, nie zrobiła się ze mnie idiotka, po prostu jestem zmęczona). W czwartek od 9 do 13 rozdawałam darmowe gazety na głównej ulicy miasta - Union Street. Nic by w tym nie było złego, praca nie jest przecież straszna, ludzie nawet chętnie biorą tę gazetę, no ale trafiła mi się pogoda STRASZNA. Ostatnio jest naprawdę całkiem ładnie, ciepło i w ogóle, ale akurat tamtego dnia przez te 4 godziny napotkała mnie burza i 5 gradobić, a strój miałam oczywiście nieodpowiedni. Takie moje szczęście. W piątek pracowałam w klubie golfowym, w sobotę miałam szkolenie w Primarku, a w niedzielę pierwszą zmianę (6,5 h) tamże. I tutaj cała lawina złości, frustracji, narzekactwa i palców-faków skierowanych w stronę taniego sklepu Primark ( w Irlandii Penneys) założonego w 1969 w Dublinie. Och, jak ja Was już nienawidzę! Prawie całe szkolenie jest o tym, że jest to firma o EQUAL OPPORTUNITIES, czyli generalnie każdy może tam pracować i biali i czarni i Żydzi i zielonoświątkowcy i lesbijki i osoby, które zmieniły płeć i osoby niepełnosprawne, no wszyscy, bo to taka tolerancyjna i wspaniała firma! Tak, są tacy kochani, w ogóle ich to nie obchodzi skąd pochodzimy i jacy jesteśmy, dlatego tylko 3 razy musiałam wypełnić kwestionariusz na temat mojej płci, rasy, wyznania i orientacji seksualnej (WTF). Idźmy dalej, równe szanse, tak? Możesz być jaki chcesz, ale dress code w Primarku ma ostrzejsze reguły niż np w klubie golfowym. Dlaczego? Czy klienci sklepu tańszego niż H&M naprawdę są tak wymagający i dostojni? Bardziej niż w klubie golfowym z wieloletnią tradycją, gdzie to goście nie mogą chodzić w tenisówkach, a ja tak? W Primarku nie wolno mi mieć tatuaży na wierzchu (co oznacza nawet zbyt cienkie rajstopy!!!), nie wolno mieć spódnicy krótszej niż w kolanko, paznokcie mogą być pomalowane tylko na standardowe, konserwatywne kolory ( czyli co, frencz?) i moje ulubione - buty muszą być PROPER. Co wg jakiegoś korpo kretyna oznacza to słowo w tym wypadku? Ano to, że ZE WZGLĘDÓW BEZPIECZEŃSTWA lepiej żebym chodziła w czółenkach niż w tenisówkach. Czarne trepki, w których pracuję w klubie golfowym nie są wystarczająco eleganckie do pracy w Primarku. Dacie wiarę? Wszystkie te rzeczy, których nie wolno robić w Primarku (tzn te, które opisałam) wolno mi robić w klubie golfowym. Ach, no i oczywiście koszula musi mieć kołnierzyk, bo inaczej won do domku albo co najmniej na 6 miesiecy na dyscyplinarne. Równe szanse? Czyli jak kogoś nie stać na takie buty, taką koszulę i taką spódnicę lub PROPER TROUSERS (nie, czarne dżinsy nie są odpowiednie), no to nie ma szansy dostać tam pracy. Mega wkurzające. Raczej nie uda mi się tam popracować zbyt długo, bo wszystkie te korpo zasady dla debili i maszyn frustrują mnie i chce mi się rzygać za każdym razem jak skanuję oraz 3D mojej dłoni, żeby wyjść na przerwę i jak mijam tablicę z radami jak być super członkiem obsługi klienta i z wywieszonymi zdjęciami pracowników tygodnia i miesiąca <3 BUEEEEEEEEEEEEE
No i to chyba tyle na dzisiaj, dobra wiadomość jest taka, że już za TYDZIEŃ o tej porze będę od 3 godzin z love of my life MM :) A teraz pora zabrać się za lekcje, bo kolejny cięzki tydzień przede mną, a wszystko po to byśmy mogli kiedyś żyć jak ludzie razem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz