niedziela, 9 października 2011

niewiemco

Zabawa na sto dwa z takim blogaskiem, zwykle zapisuję wszystko na małych karteczkach papieru lub starych biletach, a potem znajduję je gdzieś gdzieś zupełnie niespodziewanie i czytam różnie dziwne przemyślenia, cytaty, podsłyszane dialogi, coś co chciałabym Wam opowiedzieć albo po prostu coś, czego nie chciałabym zapomnieć. Teraz może takie rzeczy będę zamieszczać tutaj, choć w sumie nie jestem pewna, wtedy nie byłoby to już tylko dla mnie, wtedy wszyscy mielibyście jeszcze bardziej otwarty i wolny wstęp gdzieś tam do środka mnie. Ale może po prostu postaram się pisać coś co u mnie, już dwie osoby wyraziły chęć czytania tego typu wypocin, czyli jest warto, jest dla kogo. 
Koniec kolejnego weekendu, czas w Belgii płynie strasznie szybko, kiedy nie chodziłam jeszcze do szkoły (teraz chodzę dwa razy w tygodniu na francuski) każdy dzień od poniedziałku do piątku wyglądał tak samo, teraz są jakieś dodatkowe rozrywki, czasami jeżdzę nawet rano przed zajęciami do Waterloo, gdzie spotykam się z koleżanką z kursu, razem szwędamy się gdzieś, jemy śniadanie, a potem jedziemy na zajęcia. Ten tydzień był całkiem dobry, za pewne ostatni z odrobiną słońca i pierwszy z wielu nadchodzących z deszczem, deszczem i deszczem. Szybko zrobiło się dość chłodno ( 13 stopni) i szaro. W piątek byłam z Basią na imprezie indie w klubie w środku lasu, który swoją drogą później moi szefowie oznaczyli jako jedyne miejsce, gdzie nie wolno mi chodzić. Okolica faktycznie średnia (las, las i las), na dodatek podobno bawi się tam tylko bogata walońska młodzież oraz chłopcy, którzy liczą na to, że w lesie łatwo kogoś zgwałcić. Trochę szkoda, ale i tak chyba lubię chodzić gdzieś do centrum Brukseli, bo jest a) taniej b) bezpieczniej c) bliżej d) tak czy srak fajniej i zawsze można pobawić się w clubbing jak jedno miejsce nam się znudzi/nie spodoba. Dziś rano byłam na basenie z dziećmi (jeeee i był śliczny pan ratownik...), a wieczorem miałam kolejną lekcję automobilową z moim szefem. Nawet zaczyna mnie to bawić, dziś jednym z zadań było prowadzenie auta i palenie w tym samym momencie - taką naukę to ja rozumiem. Poza tym popołudniu miałam chwile dość konkretnego smutku podczas pisania czegoś dla kogoś, popłakałam sobie trochę i w sumie czuję się znacznie lepiej, zresztą później zostałam obdarowana tonami czekolady oraz litrami miłości przez moją rodzinę tutaj, co jest strasznie dobre w gruncie rzeczy.
Kończąc te wypociny odpowiem na pytanie SzSz - jeszcze nie potrafię się do końca zdecydować, ale NAJPRAWDOPODOBNIEJ wracam do Polski na jakiś miesiąc w lutym, a później znów wyruszam w podróż gdzieś. Chyba chciałabym spróbować jeszcze czegoś innego, kilku podróży, innej pracy, zanim osiedlę się na 4 lata w Szkocji (oby, oby, oby!). Decyzja jest ciężka do podjęcia, bo z drugiej strony bardzo, ale to bardzo lubię być tutaj, ludzie są wspaniali, na dodatek zakolegowałam się też z kilkoma osobami spoza rodziny, polubiłam kilka miejsc, mam to poczucie bycia PONIEKĄD u siebie (co jak na mnie i tak oznacza przecież mega dużo). Myślę sobie jednak, że tak czy siak, tzn bez względu na to, czy będe tutaj pracować do końca czerwca, czy do końca stycznia, to z początkiem lutego pojawię się w naszym wspaniałym kraju (który swoją drogą znów wkurwił mnieniemiłosiernie - zapisałam się na głosowanie korespondencyjne w dzisiejszych wyborach, pani z ambasady potwierdziła, że wszystko zajebiście, że do 29.09 wyślą mi papiery, tak bym zdążyła odesłać przed dniem wyborów, niestety do tej pory nic nie dostałam, więc pozwoliłam sobie wysłać im maila z wyrazami wielkiego niezadowolenia z ich postawy, no bo co to, kurwa, ma być, potem będą znów płakać, że nikt nie głosuje).  Jeśli zadziała pierwsza opcja to zabawię w Polsce jakiś miesiąc odwiedzając wszystkich wszędzie, jeśli druga, to za pewne będę na tydzień i wtedy pewnie tylko Kielce i Warszawa, jak się uda to i Kraków. Chyba tyle głupot na dziś, gdyż rano trzeba wstaaaać, ranooo tooo jeeeeeeeeest SZÓSTA CZTERDZIEŚCIPIĘĆ. Urodzinowe uściski dla Bersona i nieurodzinowe dla reszty Waszych miłych buziek. 

4 komentarze:

  1. jeśli chodzi o imprezy w lesie to pomyślałam sobie o powrocie z Sylwestra i pytanie, czy wiemy którędy iść i czy nie chcemy się przespać po drodze. :P

    OdpowiedzUsuń
  2. Hahahahaha, las był mniej więcej tak samo straszny, ale tym razem byłam prawie trzeźwa :<

    OdpowiedzUsuń
  3. O to może jeszcze zdążymy się zobaczyć w Kielcach, a nawet jak mnie nie będzie to przyjadę na jakiś weekend!

    OdpowiedzUsuń