piątek, 12 października 2012

Krótki post, żeby zaznaczyć, że jeszcze żyję.

Dziś mamy iście brytyjską pogodę, cud, miód i orzeszki, leje niemiłosiernie, wieje tak, że Dorotkę z jej chałupką porwałoby już jakieś pińcset razy. Wspaniałe jest to, że nie mam butów na taką pogodę (któż mógł się jej spodziewać w Szkocji? :D), że pewnie zaraz będę chora, że miałam dziś iść na rozmowę w/s pracy, ale NA SZCZĘŚCIE koleś przełożył ją na niewiadomokiedy, zresztą i tak bar, w którym ta rozmowa miała być jest sto tysięcy kilometrów od mojego domu, więc mało mi się to uśmiecha, ale jeśli to jedyna opcja, no to wiądaka.
Poza tym to wieczorem idziemy na Ceilidh, a jutro organizujemy mały party, chyba tylko po to, żeby się przekonać, że nie mamy znajomych.
Ale szkoła nadal jest fajna.
Czasami lubię polskie piosenki, nawet te nowe, które właściwie nie są dobre.
No i to tyle, nie wiem co napisać, żyję sobie powoli w mojej krainie deszczowców i czekam na świąteczny blask złota i zieleni i czerwieni i ciepło, ciepło, ciepło. Wyimaginowany kominek, butelkę wina, jemiołę (!), ciepły pledzik (mega pedalskie słowo) i cynamonowe pierniczki, muffinki z czekoladą, pachnący barszcz i hektolitry herbaty.
Póki co mamy jednak jesień, szaro, buro i ponuro, ale przecież człowiek i tak żyje zawsze czekając na coś, inaczej przecież nie ma sensu. Potem można cieszyć się chwilą, ale i tak wie się, że za chwilę będzie inaczej. Tak to jest, zmiany zmiany, zimno - ciepło. Całe życie. Nie można przecież usiąść i odpoczywać przez zbyt dużo czasu. Doskonale rozumiecie o czym mówię. Albo i nie, może ja sama tego nie rozumiem. W sumie nigdy nic nie wiadomo do końca, nie?
Otulam wszystkich moim burgundowym sweterem na wiater, buzi buzi, piękni ludzie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz